Drobnomieszczański Raj?
Belgię postrzega się często jako kraj domatorów o umiarkowanych aspiracjach, a jej mdły i apatyczny krajobraz oraz podlana piwem kosmopolityczna kultura wielu zniechęca. Nawet wielki narodowy szansonista Jacques Brel (1929-1978) śpiewał ponuro (choć z niejaką dumą) o ojczyźnie z "niebem niskim, co pokorę rodzi, niebem szarym, co o wybaczenie prosi". Ale czy kraj, w którym jedna z drużyn piłkarskich nosi nazwę Racing White Daring Molenbeek (pędzące białe śmiałe Molenbeek), można uznać za nudny? Belgowie zawsze mieli do siebie duży dystans - nawet król Leopold II używał w stosunku do swoich poddanych określenia "petit pays, petit es (petites) gens" (mały kraj, mah ludzie). Być może ów sarkazm i umniejszanie własnej wartości stanowi reakcję na rzeczywistość kultury podzielonej barierą językową. Typowo belgijski humor sprawdza się najlepiej na miejscu; poza krajem traci na wartości. Gdy mnożą się konflikty wewnątrzpaństwowe, Belgowie robią się dość tolerancyjni w stosunku do sąsiadów, nawet Niemców, którzy w minionym stuleciu dwukrotnie dokonali inwazji na ich kraj. Ponieważ jednak tolerancja ma swoje granice, nawet frankofońscy Belgowie nie chcieliby, żeby ich mylono z "pysznymi" Francuzami, a flamandzcy - z "purytańskimi" Holendrami. Belgia niechętnie przyjmuje imigrantów spoza Europy, a wobec przybyszów z Turcji, Maroka czy Zairu wykazuje wręcz tendencje rasistowskie. Niewielkim pocieszeniem niech będzie fakt, że ujawniają się one także w stosunkach między rywalizującymi ze sobą społecznościami belgijskimi.